Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oczyszczanie twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oczyszczanie twarzy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 czerwca 2013

I po kolejnym lushowym dobrodziejstwie... ;)

Wreszcie przyszedł czas na pożegnanie z kolejnym lushowym kosmetykiem, a dokładniej...

Lush, Fresh Farmacy

Źródło: http://www.lushusa.com

Kostkę do mycia twarzy Fresh Farmacy kupiłam prawie rok temu, podczas wakacji we Włoszech. 100 gr produktu kosztowało ok. 7,50 euro i okazało się niezbyt dużym kawałkiem różowawego mydła, w formie przypominającego kawałeczek tortu :). FF miało dziwny zapach, do którego dość szybko się jednak przyzwyczaiłam, oraz twardą konsystencję. Używałam go z różną częstotliwością, czasem raz dziennie, czasem dwa, czasem zupełnie odstawiałam na rzecz nowych żeli do twarzy etc., niemniej z pewnością trzeba stwierdzić, że był to najbardziej wydajny specyfik do twarzy, jaki kiedykolwiek przyszło mi stosować.

Źródło: http://www.lush.it/

Fresh Farmacy dedykowane jest skórze problematycznej, jednak mam wrażenie, że może z takową średnio współpracować. Przede wszystkim lubi od czasu do czasu zbytnio wysuszyć twarz, pozostawia ją skrzypiącą, często także ściągniętą - ogólnie nie można się w tym przypadku obyć bez kremu nawilżającego. Nie nadaje się zupełnie do demakijażu, o zmywaniu nim tuszu nawet strach pomyśleć. Ze względu na twardość kostki i fakt, że zupełnie się nie pieni, a tym samym kilkakrotnie trzeba powtarzać żmudny proces aplikacji, jest średnio wygodna w użyciu. Mimo pięknego składu (rumianek, olejki eteryczneh z róży, drzewa herbacianego i lawendy), nie zauważyłam jakiejś wyjątkowej poprawy stanu cery - zabrakło mi efektu "wow!", jaki odnotowałam choćby po słynnym Angels On Bare Skin. Zdecydowanie więc cieszę się, że wreszcie udało mi się wykończyć tę kostkę, do której na pewno już nigdy nie wrócę.

A tu stare zdjęcie dokumentujące część moich lushowych dóbr -
Fresh Farmacy widoczne jest na samym dole :)
Moja ocena: 3,5/5

PS. Fresh Farmacy odeszło w niepamięć, więc pora na godnego zastępcę - mydło z Aleppo 20%. A Wy miałyście kiedyś z którymś z tych dwóch czyścików do czynienia? :)


wtorek, 9 kwietnia 2013

Wróciłam - na dzień dobry bubelek ;)

Produktami z Avonu zafascynowana byłam przez chwilę kilka dobrych lat temu. Od ukończenia studiów nic nie zamawiałam z tej firmy i w sumie żadnego braku z tego powodu nie odczuwałam.
Ponad miesiąc temu dostałam jednak od kuzynki


 Avon Care, Żel 3 w 1 z wyciągiem z aloesu i imbiru

który niestety (na szczęście?) skutecznie mnie zniechęcił do powrotu do tych dziwacznie dystrybuowanych specyfików.


Produkt zamknięty jest w ładnej, całkiem wygodnej i wytrzymałej buteleczce. Schody zaczynają się jednak już po jej otwarciu... Żel nie ma raczej zbyt żelowej formy, przypomina mi raczej jakieś rozwodnione mleczko do demakijażu. Pachnie również jak to mleczka mają w zwyczaju, dość chemicznie; zapach niby nie jest zbyt intensywny, jednak mnie osobiście nie podoba się zupełnie.


Zgodnie z tym co podaje producent, zadaniem produktu jest oczyszczanie, tonizowanie i nawilżanie.


Jeśli chodzi o to pierwsze, to spisuje się poprawnie, niby coś tam zmywa, ale do demakijażu oczu zupełnie się nie nadaje (ale i nie musi - nie jego zadanie ;)). W kwestii tonizowania i nawilżania - skóra po dwóch tygodniach stosowania (więcej nie dałam rady) była wysuszona, dodatkowo zaczęły się pojawiać jakieś drobne krostki. Po każdym umyciu odnotowywałam też ściągnięcie. W tej sytuacji, nie ratuje tego produktu ani w miarę korzystna cena (ok. 12 zł, w promocji można go dostać i za 6), ani nie najgorsza wydajność. Innymi słowy - omijać ten specyfik będę z daleka, a jego resztkę zużyję po prostu jako żel pod prysznic...

Moja ocena: 2/5

piątek, 30 listopada 2012

Aniołki, czy kolejne Lushowe denko

Lush, Angels On Bare Skin


Angeli A Fior Di Pelle... czyli aniołki po włosku ;)


Opakowanie:
Plastikowe, zakręcane, dość wygodne w tego typu kosmetykach, takie po prostu... lushowe.

Zapach:
Delikatny, naturalny (?), dość przyjemny (przynajmniej w porównaniu do czarnego brata, czyli Dark Angels), zdecydowanie nie przeszkadza w użytkowaniu pasty.

Cena / ilość:
8,95 euro / 100 g




Moja opinia:

Jakiś czas temu udało mi się wykończyć kolejne lushowe dziwadło, czyli osławioną anielską pastę myjącą ;) O ile początkowo piszczałam nad nią z zachwytu, tak pod koniec byłam już mocno znudzona. Pasta okazała się mimo małej objętości bardzo wydajna, skończyła mi się praktycznie w tydzień po dacie ważności (pragnę tu zauważyć, że zmiany żadne w niej nie zaszły po tym czasie ;)) Zostawiała skórę wyraźnie wygładzoną, jednak moja buźka po jakimś czasie jakby przyzwyczaiła się do tych wygładzających właściwości i przestałam zauważać spektakularne efekty. Nie odnotowałam podczas stosowania żadnych przesuszeń, nie było też "skrzypania" skóry, które daje się odnotować podczas używania Fresh Farmacy. Ogólnie specyfik fajny, do pełni szczęścia brakuje mi tu tylko zdolności do zmywania makijażu... No i oczywiście należy wspomnieć o dwóch typowych dla Lush'a wadach - dostępność, a raczej niedostępność w Polsce, oraz cena, która niektórym może się wydawać zbyt wygórowana. Ogólnie jednak, można spróbować ;)

Moja ocena: 4/5


Prawdę mówiąc najbardziej zachęcająco to nie wygląda... :D

piątek, 19 października 2012

O potworku z Essence

Dosyć często kupuję kosmetyki z Essence, które uznaję za typowy "umilacz dnia codziennego" - tanie, w dość kiczowatych, ale i urzekających opakowaniach, niejednokrotnie zaskakujące swoją jakością, innymi słowy świetne, jeśli chcemy poprawić sobie jakimś drobnym zakupem humor.

Podczas ostatnich wakacji zachciało mi się spróbować ich produktów pielęgnacyjnych... Efekt przerósł moje najśmielsze "marzenia".



Essence MySkin 4in1 Cleansing Cream




Opakowanie:
Miękka tuba, której zamykanie po dosłownie dwóch dniach było już zepsute. Na początku nie chciało się zwyczajnie domykać, później do tego doszły jakieś drobne wyłamania krawędzi (a bynajmniej przemocy nie używałam). Ogólnie, w bardzo szybkim czasie, stało się także średnio estetyczne - powierzchnia tuby po nacisku zaczęła jakby falować i niestety nie chciała wrócić do pierwotnego stanu.



Zapach:
Mając w myślach zapach owoców granatu, nastawiłam się na coś pięknego, ale tu kolejne rozczarowanie - produkt okazał się być jednym z okropniejszych chemicznych śmierdzieli, jakie kiedykolwiek miałam okazję użyć.

Cena / objętość:
2,5 euro (w Polsce chyba ok. 10 zł?) / 150 ml



Moja opinia:
Po czasie stwierdzam, że była to jedna z gorszych inwestycji kosmetycznych w moim życiu (na szczęście nie bardzo droga). Produkt, poza wspomnianymi wyżej wadami, odznaczył się też zdolnością do pięknych podrażnień. Stosowany jako pasta do mycia, pozostawiał cerę w średnio miłym stanie, napiętą, zaczerwienioną, przy czym, wbrew obietnicom, o żadnym usuwaniu zanieczyszczeń, czy matowieniu, nie było mowy. Zostawiony na buzi jako maseczka (w której to roli wg producenta powinien się świetnie spełnić) zaczynał piec i szczypać niemiłosiernie po około 10 sekundach... Ostatecznie postanowiłam więc twarzy nim nie katować, zużyłam po prostu pod prysznicem, ale i tu musiałam szybko spłukiwać go wodą, w innym wypadku pieczenie pojawiało się na łydkach, udach, ramionach, a bynajmniej wrażliwej, czy suchej skóry nie posiadam... Podsumowując, produkt potworny, nie polecam nikomu. 

Moja ocena: 0/5


PS Miałam też swego czasu ogórkowy żel do mycia twarzy (nie pamiętam dokładnej nazwy), w tej samej cenie i pojemności - szału nie robił, ale krzywdy też nie - ogólnie nic nie robił. Ogólnie pielęgnacyjnej linii Essence mówię stanowcze nie!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...