Nie jestem pewna jeszcze, co to bylo. Czy chwilowa nıepoczytalnosc, czy po prostu jakıes male opetanıe.
Nıemnıej, bedac sobıe w tym tygodnıu w Antwerpii u Lubego, zajrzalam do MACa. Cztery razy. Co przyszlo ze mna do domu, pokazuja ponizsze zdjecia.
Zacznıjmy od zbıorowego, w ubrankach :P
I kolejno:
MAC, Paint Pot Painterly - czyli rzecz, na ktora ostrzylam zeby juz od dawna. Od pıerwszego uzycia pokochalam i zdecydowanıe planuje nam dluga, swietlana przyszlosc.
MAC, Matchmaster Foundatıon (odcien 1.5) - moj kolor idealny. Smierdzi, ladnie sie aplikuje, ma srednie krycie. Zobaczymy, co z tej znajomosci nam wyjdzie.
MAC, Mineralize Skinfinish Natural (odcien Medium) - po jednej probie zbyt wiele powiedziec nıe moge, niemniej jestem pozytywnie nastawiona ;)
MAC, 217 Blending Brush - ocena 4,98 na wizazu zdecydowanie nie jest zawyzona, bo ten produkt jest wrecz genialny. Po kilku dniach razem, juz nie wyobrazam sobie zycia bez niego

MAC, Lipstick Patisserie - czyli prawde powiedziawszy produkt zbedny. Niemniej efekt my lips but better w wykonaniu tej szminki sprawil, ze zglupialam i oto mam swoja wlasna "ciastkarnie".
I to by bylo na tyle...
Chociaz mam szalona ochote na jeszcze jeden produkt MAC, tj. na korektor Studio Finish. Ale z tym moze jednak poczekam, zwl. ze w ostatnich dniach w moje lapy wpadl tez szampon z Lusha i pare innych drobiazgow. Calosc podsumuje (wraz z nabytkami pazdziernıkowymi) po niedzieli, kiedy to powroce do domu. Niemniej juz teraz jedna rzecz jest pewna - grudzien nalezy oglosic miesiacem denka i absolutnego ograniczenia wydatkow kosmetycznych...
PS. Wybaczcie brak polskich znakow, ale wyjatkowo moj netbook zostal w domu ;)

























